22 lut, 2017

Stefanie, ja ciebie kocham

autorka: Margit Gilgen
Oryginał w języku niemieckim został opublikowany w czasopiśmie „Entscheidung” 2/1996.
przetłumaczenie: Renata Meier i Magdalena Kocięcka

Przed półtora roku, w połowie września roku 1994, zauważyliśmy z mężem, że nasz najstarszy syn Stefan z dnia na dzień słabł i strasznie chudł – wyglądał już jako kościotrup. W następstwie chemioterapii stale wymiotował. Cierpiał na raka gruczołów chłonnych – komórki rakowe szybko się mnożyły. Oto przed nami leżał młody człowiek, siedemnastolatek, który był tak słaby, że już nie był w stanie ani wstać z łóżka, ani zadbać o podstawowe potrzeby. Jednak z jego oczu emanowała radość, która na zawsze utknęła mi w pamięci – radość z posiadania Pana Jezusa Chrystusa.
Wdzięczność, a nie oskarżenia, radość, a nie żalenie się – tak podchodził nasz syn Stefan do śmiertelnej choroby.

Spojrzenie wstecz
20 sierpnia 1994 roku Stefan nie zjawia się na wspólne śniadanie. Mój mąż po raz drugi wchodzi na trzecie piętro (mieszkamy razem z pięciorgiem naszych dzieci na pierwszym i na trzecim piętrze; na drugim piętrze mieszka inna rodzina). W końcu razem ze Stefanem schodzi do pokoju mieszkalnego. Chłopiec nie czuje się dobrze. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż w ostatni weekend byliśmy ze zborem na wspaniałej wycieczce, a Stefan był z nami. Był wesoły i pełny optymizmu. O raku, na którego chorował od ponad roku, na chwilę, zapomniał.
A teraz znowu to pogorszenie! Dzwonimy po pogotowie, ponieważ Stefan skarży się na silne bóle pleców. Kiedy sanitariusze znoszą go na dół po schodach, słyszę, jak krzyczy z bólu. Serce mi się kraje. - Ojcze w niebie! Dlaczego pozwalasz na takie straszne cierpienie? - pytam. W czasie ostatnich trzech tygodni Stefan czuł się stosunkowo dobrze. Mieliśmy znowu nadzieję na wyleczenie. Ale teraz...
Kiedy lekarze i siostry w szpitalu stwierdzili ponowny nawrót raka, patrzę na syna i pytam go:
- Czy chcemy się razem pomodlić? - Stefan, męczony przez straszne bóle, modli się pierwszy. A co słyszę? Stefan chwali Boga i dziękuje mu za minione miłe tygodnie, za dni spędzone razem z rodziną w uzdrowisku leśnym Dessau, za chwile spędzone w gronie przyjaciół, za dni nad Renem oraz nad Morzem Północnym, za wszystko dobre, co spotkało go i czego doświadczył. Po prostu dziękuje...
Jestem pod wrażeniem dojrzałości syna. Widocznie nie dorosłam mu do pięt, bo jeszcze pół godziny wcześniej w sercu swoim żywiłam żal do Stworzyciela. Stefan jednak dziękuje Mu, mimo nieznośnych bólów! Więc przyłączam się do jego modlitwy też dziękując Bogu za minione tygodnie, które także dla mnie jako matki Stefana były czasem pełnym wspaniałych przeżyć, za miłe chwile spędzone razem z synem, z rodziną oraz ze zborownikami...

Jak się to wszystko zaczęło?
W dniu 7 sierpnia roku 1993 wracamy ze wspaniałego urlopu spędzonego w Wallis do naszego domu w Pfäffikonie (jesteśmy Szwajcarami). Wieczorem tego samego dnia dzwoni telefon. Prezydent „Związku Wolnych Kościołów Ewangelickich” zapytuje, czy jesteśmy gotowi do przeniesienia się do niemieckiego miasta Dessau, żeby podjąć się posługi w tamtejszym zborze. Ufając, że Bóg nam dopomoże, zgadzamy się – oczywiście pod warunkiem, że Wolny Zbór Ewangelicki w Dessau też wyrazi swoją zgodę.
Nieco później nasz syn Stefan wraca do domu. Uczestniczył w jednotygodniowym
„kursie dla młodych kierowników grup młodzieży”. Z zachwytem o wszystkim opowiada, ale ma silny kaszel...
Stefan był bardzo wysportowany i lubił jeździć na rowerze. Teraz jednak zauważamy, że nie tylko ma kaszel, lecz także trudności w oddychaniu. Nagle zaczyna silnie krwawić z nosa. Następnego dnia, w niedzielę, ściga się w pływaniu z kilkoma kolegami. Mówi, że dotarł do mety bardzo wyczerpany, dodając: - Mamo, proszę cię, zarejestruj mnie na wizytę u lekarza. - Oprócz kilku chorób dziecięcych oraz złamania nogi Stefan jeszcze nigdy nie był poważnie chory.
W poniedziałek, 9 września roku 1993 dzwoni do mnie nasz lekarz domowy. Zbadał Stefana i zobaczył na zdjęciu rentgenowskim, że w plucach coś nie jest w porządku. Mówi, że trzeba przeprowadzić dokładne badania. Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni. Co to ma znaczyć?
Stefanowi szybko się pogarsza. Wieczorem, kiedy jestem z nim sam na sam, płacząc pyta mnie: - Mamo, czy uważasz, że to, co w moich płucach nie jest w porządku, to nowotwór? - Ależ gdzie tam - odpowiadam - nie taki straszny diabeł, jak go malują. Myślę, że to tylko woda, która się zebrała w płucach. - Modlimy się razem i potem kładziemy się do snu.
Stefan nagle jest bardzo odmieniony. Jest poważny, zamyślony. Prosi starszych zboru, żeby pomodlili się za niego prosząc Boga o uzdrowienie tak, jak czytamy to w piątym rozdziale listu Jakuba.
Nadal jesteśmy niespokojni. Stan zdrowia Stefana coraz bardziej się pogarsza. W piątek dzwoni do mnie moja teściowa. Informuje mnie, że teść jest bardzo chory. Ma raka wątroby. Tego samego dnia Stefan zostaje odwieziony do szpitala w Zurychu, bo lekarz stwierdził, że nowotwór w płucach znacznie się powiększył.
Pytamy: dlaczego? W połowie sierpnia mieliśmy pojechać do Dessau, żeby poznać tamtejszy zbór. Teraz postanawiamy, że pojedzie tylko mój mąż razem z trójką młodszych dzieci, a ja zostanę w szpitalu ze Stefanem.
Nasuwa się pytanie: Gdybyśmy z góry wiedzieli o tym wszystkim – czy zgodzilibyśmy się na przeniesienie się do Dessau? Chyba nie. Jednak nie zmieniamy raz powziętej decyzji, bo wiemy, że ostateczna decyzja i tak należy do Boga. Jeśli On chce, to zbór w Dessau powoła nas do służby.
Jest to trudny weekend. Lekarze zrobili Stefanowi operację, pobrali próbę tkanki i stwierdzili szybko rosnący, złośliwy nowotwór. Mówią, że bez leczenia Stefan pożyje nie dłużej niż trzy, cztery tygodnie.
To rak! Dlaczego to wszystko? - buntuję się.Teść jest ciężko chory, a teraz Stefan też zapadł na śmiertelnią chorobę – śmierci, gdzie jest twoje zwycięstwo? Piekle, gdzie jest twój cierń? Wpadłabym w rozpacz, gdyby nie moja wiara w Jezusa Zmartwychwstałego, który pozbawił śmierć mocy.
Pod koniec sierpnia roku 1993 kolega Stefana przyjmuje chrzest w naszym zborze. Stefan jest po pierwszej terapii chemicznej i może na parę godzin opuścić szpital, żeby wziąć udział w obrządku. Wydaje się, że terapia to sukces. Stefan już ma się lepiej. Cieszy się razem z nami, gdy tego samego dnia zbór w Dessau telefonicznie informuje nas o swojej zgodzie. To znaczy, że mimo cieżkiej choroby syna niedługo przeniesiemy się do nowych krajów związkowych! Wielu nas pyta, czy nie zdajemy sobie sprawy, że to szaleństwo?
Pod koniec września roku 1993 już zbliża się przeprowadzka do Dessau. Stefan doświadcza na sobie działania Boga, który za pomocą terapii chemicznej powoduje niemal całkowity zanik choroby. Dzielnie pomaga w obozie młodzieży jako kierownik grup, chociaż nadal leczy się chemicznie. Ani on, ani my nie chcemy dać za wygraną. Ufamy, że Bóg ma zamiar przywrócić Stefanowi zdrowie.
W październiku roku 1993 nareszcie jesteśmy w Dessau. Stefan pozostaje w Szwajcarii, żeby móc kontynuować leczenie. Przez cały ten czas mieszka u przewodniczącego tamtejszego zboru. Często dzwonimy do siebie. Onkolog planuje transplantację szpiku kostnego połączoną z intensywnym leczeniem chemicznym, żeby zniszczyć nawet te komórki raka, które na zdjęciu rentgenowskim nie były widoczne. Stefan i my jako rodzice zgadzamy się na ten zabieg, nadal modląc się razem z nim o uzdrowienie. W ciągu tego czasu Stefan doświadcza ogromnego pogłębienia wiary.
W dniu 29 grudnia 1993 r. możemy zabrać syna do domu. Jest jeszcze bardzo słaby na skutek intensywnego leczenia chemicznego, które, jak mówią pielęgniarki, było „krańcowo ryzykowne”, ale przywróciło Stefanowi zdrowie. Jak wielka jest nasza radość! Cieszą się razem z nami także zbór w Dessau oraz nasi przyjaciele w Szwajcarii i Niemczech.
W styczniu i lutym 1994 r. zdrowie Stefana znacznie się poprawia. Wszyscy są zdumieni widząc, że jego włosy zaczynają odrastać. Stefan robi meble do swojego pokoju oraz regały do kuchni. Razem ze swoją siostrą angażuje się w pracę z młodzieżą w Dessau. Publicznie wyznaje wiarę w Jezusa – i mówi, że chce przyjąć chrzest w zborze. Cieszymy się razem z nim, i cała nasza rodzina przeżywa dużo radosnych chwil. Grupa młodzieży planuje obóz narciarski w Czechach. Stefan cieszy się ogromnie. Jazda na nartach była jednym z jego ulubionych zajęć oprócz jazdy na rowerze i zbierania znaczków.
W poniedziałek, 21 lutego 1994 r. Stefan idzie do lekarza na badanie kontrolne. Potem udaje się razem z grupą młodzieży do Czech. Trochę się niepokoję. Podróż jest daleka, może stać się Stefanowi coś złego. Modląc się patrzę, jak chłopcy odjeżdżają. Pan, nasz Bóg, będzie czuwał nad nimi!
Po upływie tygodnia chłopcy wracają, a Stefan z nimi. Są w świetnym humorze i wesoło opowiadają o udanym obozie narciarskim. Stefan jednak skarży się na bóle w plecach. Myślimy, że to chyba w następstwie długiej podróży...
W końcu jednak idziemy do lekarza. Tomografia komputerowa wykazuje ponowny, silny nawrót raka. Jesteśmy zaszokowani. Przecież byliśmy przekonani, że Stefan został uzdrowiony!
Panie, dlaczego? Zdrowie Stefana pogarsza się z godziny na godzinę. Nagle nie może już oddać moczu. Traci czucie w nogach. Nie może już stać! Lekarka mówi, że może nastąpić paraliż z powodu nowotworu między kręgami grzbietowymi.
Lekarze proponują przewieźć Stefana drogą powietrzną do Zurychu, żeby mógł tam kontynuować leczenie u swojego onkologa. Teraz liczy się każda minuta. Stefan jest bliski śmierci. Wie o tym i każe przyjść do siebie rodzeństwu. Przed odlotem do Szwajcarii chce pożegnać się z nami wszystkimi. Płaczemy razem z nim. Kiedy my z mężem jesteśmy z nim sam na sam, Stefan nagle woła:
- Ukazał mi się obraz, przepiękny obraz. Zobaczyłem wspaniały, lśniący tron z Jezusem siedzącym na nim, a obok Niego mnie, Stefana! Było tak pięknie, tam chcę iść!
Nasz Bóg na chwilę otworzył przed Stefanem drzwi do Swojego królestwa. Jeszcze dziś widzę jego iskrzące oczy. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział mi, zanim został umieszczony w śmigłowcu, którym miał polecieć do Szwajcarii:
- Mamo, tato, kocham was i będę się cieszył, jeśli będę mógł powrócić do was, ale jeszcze bardziej się ucieszę, jeśli będę mógł wejść do królestwa Jezusa.
Było nam niezmiernie ciężko na duszy. Nie wiadomo, czy zobaczymy się jeszcze ze Stefanem na tej ziemi? A może znowu spotkamy go dopiero w wieczności?

Marzec / kwiecień 1994 r.
To trudny czas! Stefan jest w Zurychu, my w Dessau... Łączą nas modlitwa i telefon. Stefan cudem unika sparaliżowania. Leczony jest naświetlaniami, które mają zahamować rośnięcie nowotworu w plecach. Wraca mu z powrotem czucie w nogach. Pęcherz moczowy także znowu zaczyna działać. Jednak nie może już ani chodzić, ani w ogóle trzymać się na nogach. Jeszcze dziś słyszę jego płacz, kiedy mówił do mnie przez telefon: - Co ze mnie będzie? Przecież jestem bez wartości, jeśli nie mogę już chodzić! - był zupełnie załamany. Jak bardzo chce mi się jeszcze w tej chwili pojechać do Zurychu i przytulić go do siebie. Zamiast mnie robią to mili przyjaciele. Pocieszamy się wzajemnie przez telefon.
Jedziemy pociągiem do Zurychu, najpierw ja, potem mój mąż. Jeździmy na zmianę. Pewnego dnia Stefan mówi do mnie: - Mamo, znowu się cieszę – nawet gdybym i przez całe życie musiał siedzieć w wózku inwalidzkim! - Było to zwycięstwo Pana, wysłuchanie naszych modlitw.
Nasz syn uczy się chodzić o kulach. Nie daje za przegraną. Chce żyć! Pod koniec kwietnia nawet może przez jeden dzień brać udział w kursie dla kierowników grup młodzieży. Lekarze stwierdzili, że wzrost nowotworu został zahamowany, ale w każdej chwili może dojść do nawrotu choroby.

Maj / czerwiec 1994 r.
Stefan znowu jest u nas w Dessau. Cieszymy się, że jesteśmy razem. Wydaje się nam, że Bóg podarował go nam po raz drugi. Leczy się chemicznie w Halle oraz w Dessau. Jego stan zdrowia stabilizuje się. Co więcej, dzięki pomocy mojego męża nawet znowu uczy się jeździć na rowerze! W ten sposób ćwiczone są mięśnie jego nóg. Z każdym dniem odcinek drogi, który jest w stanie pokonać bez kul, staje się dłuższy!
W dniu 17 czerwca 1994 r. obchodzimy razem z nim 17. dzień urodzin w Diezhölztal. To szczególne przeżycie. Stefan wspina się razem z gośćmi na Eichholzkopf, i to bez kul! To cud Boży, że znowu jest na nogach. Widać, że przychodzi do siebie po leczeniu chemicznym.
Początkiem lipca 1994 r. po wizycie u fizjoterapeuty skarży się na trudności w oddychaniu. Zdjęcie rentgenowskie wykazuje wodę w płucach. Z badania laboratoryjnego wynika, że w tym płynie znowi znajdują się komórki raka, które mogą rozprzestrzenić się po całej klatce piersiowej. Stefan znowu przechodzi kryzys. Czuje się bardzo źle. Wielu modli się za niego i za nas, jego rodzinę. Najbardziej gnębi nas to, że jesteśmy świadkami jego cierpień, a nie możemy pomóc.
W dniu 20 lipca lekarka wypisuje Stefana ze szpitala. On tak chciał. Chce przebywać na świeżym powietrzu i nocować w ogrodzie. Jest tak słaby, że musimy go nieść po schodach. Mamy dużo czasu do rozmowy. W ciągu następnych trzech dni znacznie się mu poprawia. Sam wchodzi po schodach aż na trzecie piętro! I znowu we mnie budzi się nadzieja uzdrowienia. Modlę się: - Panie, potrafisz wyprowadzić Stefana ze śmiertelnej choroby – wiem o tym!
Pod koniec lipca spędzamy wspaniały tydzień nad jeziorem. Stefan kąpie się razem z nami, opala się. Roskoszuje się słońcem i wspaniałą atmosferą. Lekarze są zdumieni. Dają zgodę, kiedy Stefan pyta, czy może razem z kolegą pojechać nad Morze Północne. Ja się boję, ale też pozwalam mu na tę wycieczkę wiedząc, że wszystko, a więc także źycie Stefana, jest w rękach Boga.
W ciągu tych dni Bóg często stawia mi przed oczy określony obraz. Kiedy byłam dzieckiem, chętnie przyglądałam się dogasającym świecom. Obserwowałam, jak knot wchłaniał resztki wosku i płomyk raz zalśnił, raz go ubywało, aż w końcu świeca zgasła. Teraz rozbłyski dogasającej świecy wydawały mi się podobne do życia Stefana, które też dogasało. Widocznie Bóg wykorzystywał ten obraz, żeby przygotować mnie do śmierci mojego syna...
Teraz zmienia się także charakter naszych modlitw. Coraz częściej z mężem używamy takich słów, jak: - Panie, wiemy, że potrafisz uzdrowić Stefana, ale niech się stanie Twoja wola. Jeśli zechcesz powołać go do Siebie, gotowi jestśmy oddać Ci syna z powrotem.
Zdumiewa nas to, że sam Stefan dobrze rozumie powagę sytuacji i świadomie przeżywa te godziny i dnie, w których czuje się lepiej.
Po upływie bardzo miłego czasu, w którym Stefan czuje się bardzo dobrze, następuje ostatni nawrót choroby.
Chociaż Bóg przygotował mnie pokazując mi obraz dogasającej świecy, zaczynam się na Niego gniewać. Stefan jednak okazuje taką wdzięczność za przyjemne przeżycia, które stały się jego udziałem w czasie minionych tygodni, że wzrusza mnie to do głębi. My z mężem zmagamy się z losem. Pamiętam, że modliłam się tymi słowami: - Panie, wiem, że potrafisz uzdrowić Stefana, ale niech się stanie nie moja, lecz Twoja wola. Cokolwiek uczynisz, zawsze będę Ci wierna wyznając Cię jako tego, który ma moc nad śmiercią.
Stefan coraz bardziej traci na siłach wskutek ponownego leczenia chemicznego oraz zapalenia płuc. Towarzyszymy mu przez ten czas aż do tego dnia, w którym zaczyna się to opowiadanie.
Czwartego września Stefan może jeszcze raz na kilka godzin opuścić szpital i pójść na przyjęcie urodzinowe. Staje się coraz słabszym. Widać, że już długo nie pożyje. Jego oczy jednak iskrzą się taką radością, którą chyba mało kto jest w stanie pojąć. Z listów, które mu napisali jego przyjaciele, później się dowiadujemy, że Stefan, zachowując pogodę ducha w strasznych cierpieniach, zdołał umocnić w wierze wielu ludzi.
Kiedy nastały jego ostatnie dnie, wieczorem powiedział do mnie: – Mamo, teraz to ty musisz się modlić za mnie. – Rozumiem. Stefan wie, że stoi na progu śmierci.
Przez ostatnie trzy dni przebywamy całą dobę u niego w szpitalu. Czytamy mu z Pisma Świętego, opowiadamy o wydarzeniach w domu oraz w zborze. Bardzo się cieszy, kiedy informujemy go, że pozwolono nam na niesienie Ewangelii bezdomnym dzieciom. Stefan zawsze marzył o możliwości rozpocięcia takiej pracy. Teraz wiem, że Bóg chce, żebym to ja podjęlą się to robić.
W dniu 20 / 21 września 1994 r. Stefan karmiony jest tylko płynami i coraz bardziej traci na siłach. Także głos jego staje się coraz cichszy. Męczy go każde słowo, które wypowiada. Siedzę przy nim, głaszczę jego rece, obejmuje go i mówię: - Stefanie, ja ciebie kocham. - Ściska moją rękę.
Czuwam przy nim nawet w nocy leżąc na wolnym łóżku obok niego. Nagle słyszę, że woła mnie: - Mamo, chodź! - Szybko podchodzę do jego łóżka, gładzę po głowie. Wtedy po raz ostatni Stefan otwiera oczy, te błyszczące oczy pełne miłości. Czuję, jak przez jego ciało przebiega drżenie, przyciskam je mocniej – o Boże, serce już nie bije! –, a Stefan łagodnie zapada w sen wieczny. Już nie cierpi. Teraz jest w domu u swojego Ojca niebieskiego.


(Rodzice zmarłego chłopca mieszkają teraz w bawarskim miasteczku Neumarkt. Jego ojciec, Fred Gilgen, jest pastorem tamtejszego Wolnego Zboru Ewangelickiego)