22 lut, 2017

Myślałam, że wiem...

Myślałam, że wiem o nim wszystko. Słuchałam uważnie tych, którzy mi o Nim opowiadali. W domu, w kościele, na lekcjach religii. Przeczytałam nawet kilka ciekawych książek o tym jak i czego nauczał...

Starałam się żyć moralnie i uczciwie. Oczywiście nie zawsze mi to wychodziło, ale nie przejmowałam się tym, w końcu nie jestem taka zła, a Bóg jest miłością, więc wybaczy mi wszystko, co zrobiłam złego. Co niedzielę chodziłam przecież do kościoła, więc na pewno widział moją gorliwość.

Uwielbiałam czytać i pogłębiać swoja wiedzę. Pewnego dnia kupiłam również Pismo Święte, aby móc pogłębiać moją religijną wiedzę o Bogu. Zaciekawiły mnie przeczytane historie. Z żalem jednak stwierdziłam, że ich nie rozumiem, zwłaszcza tych ze Starego Testamentu. Odstawiłam moją Biblię na półkę.

Po wyjściu za mąż pochłonęły mnie obowiązki żony, mamy i studentki. Nasze życie było pełne różnych zajęć i nie było w nim czasu dla Boga. Aż do dnia, kiedy mój mąż przyszedł do domu i powiedział, że „oddał swoje życie Jezusowi”. Popatrzyłam na niego zdumiona. Nigdy nie był zbyt gorliwy religijnie, a przez ostatnie kilka miesięcy chodził na buddyjskie spotkania i irytował mnie mamrocząc jakieś mantry. Skąd ta zmiana? Czy wiedział o czym mówi? Faktycznie jednak zaczął się zmieniać! Nie był nigdy złym człowiekiem, ale zdarzało mu się popalać papierosy, popijać, a teraz nie tylko przestał, ale jakoś złagodniał i w widoczny sposób promieniał radością. (zobacz świadectwo Krzysztofa)

Później spotkałam inne osoby, których życie zmieniło się, dzięki Jezusowi. Ja raczej szukałam wiedzy o Bogu i myślałam, że wystarczy o Nim wiedzieć, że jest, naśladować Go i spełniać dla Niego różne, dobre rzeczy.

Minęło wiele lat, zanim zrozumiałam, że bardzo chciałam się podobać Bogu, ale na swoich warunkach, wkładając w to wiele własnego wysiłku. Nie przynosiło to jednak dobrych rezultatów, mój charakter nie zmieniał się. Sama kierowałam swoim życiem, a kiedy traciłam nad sobą kontrolę, albo robiłam coś, co na pewno nie było dobre, starałam się „tuszować” te złe rzeczy – dobrym postępowaniem.

Powróciłam do systematycznego czytania Pisma Świętego, czytaliśmy i modliliśmy się w grupie przyjaciół. Nie szukałam już tylko historii czy wiedzy, ale Prawdy. Zauważyłam, że moja wiedza o Bogu nie wystarczy. Była zresztą bardzo stereotypowa. Zapragnęłam tej żywej relacji z żywym Bogiem. Zrozumiałam czym jest dla mnie Dobra Nowina. Zobaczyłam, że w życiu tak naprawdę kierował mną egoizm i złe nawyki, od których nie mogłam się uwolnić, a które wcześniej nie wydawały mi się niczym nagannym. Zrozumiałam też, że ja również potrzebuję uwolnienia od swoich grzechów. To nie moje wysiłki prowadzą do tego, ale Jego miłość do mnie. Skoro Jezus, Boży Syn, przyszedł na świat, aby mnie zbawić, to ja tego potrzebuję i chcę tego! To On jest Prawdą!

Podjęłam decyzję, aby zawołać do Niego i w prostej modlitwie zaprosiłam Jezusa do swojego życia – jako Pana i Zbawiciela. Nie stało się nic spektakularnego, ale moje życie powoli zaczęło się zmieniać. Jezus uwolnił mnie od moich lęków, depresyjnych myśli i zamartwiania się. Nie znaczy to, że nie popełniam teraz żadnych błędów. Zgodnie jednak z tym, co obiecał w swoim Słowie i czego ciągle doświadczam, prowadzi mnie w moim życiu poprzez Ducha Świętego, który został mi dany, kiedy do niego zawołałam. Wiem, że jestem Jego dzieckiem i nigdy mnie nie opuści.

„Tym zaś, którzy Go przyjęli, dał moc stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego.” – (Ew. Jana 1.12)

Grażyna