22 lut, 2017

Czułam, że stoję przed Bogiem

Matrix! Ułuda! Takie było moje życie! Codzienny kierat: praca - dom - praca. Mogłam chcieć czegoś więcej  mając  dobrego męża, zdrowe wspaniałe dziecko i pracę? Przez pracę nie miałam nawet czasu dla rodziny. Pogoń, pogoń, pogoń! W tej mojej rzeczywistości Bóg nie istniał...

Mama (osoba nawrócona w latach 90-tych) starała się jak mogła i mówiła mi o Bogu- lecz ja byłam jak beton. Nie chciałam słuchać, wiedzieć i rozumieć.  8 lat temu dowiedzieliśmy się o poważnej i niewyleczalnej chorobie męża. Moja mama powiedziała:  że ta choroba jest przez to, że ja się nie modlę- coś wtedy we mnie pękło! Stwierdziłam, że z takim Bogiem nie chcę mieć nic do czynienia! Pismo Święte wyniosłam na strych twierdząc,  że jest tak napisane, że każdy może się w nim czegoś w stosunku do siebie dopatrzeć - czyli jak z wróżbą u wróżki. Co do nieba-  twierdziłam, że i tak tam trafię- jeśli ono w ogóle istnieje!  Nie miałam sobie nic do zarzucenia. Przecież nie kradnę , nie zabijam, nie cudzołożę itd. Wiodę oczywiście dobre życie!

 

Tak to trwało do ponad roku temu. Mama  w rozmowie telefonicznej drżącym głosem powiedziała: „musisz zwrócić się do Boga, bo inaczej będzie źle- to mam ci przekazać”. Przestraszyłam się tych słów. Co, jeśli Bóg naprawdę straci do mnie cierpliwość? Nie miałam pojęcia o życiu duchowym, zbawieniu czy czymś podobnym. Bałam się cierpienia tu na ziemi. Bałam się, że ześle na mnie i moją rodzinę jakieś” plagi egipskie”, choroby i problemy finansowe. Ale tak naprawdę,  to kim jestem,  żebym mogła się  Jemu  sprzeciwiać? I tak ogarnięta bojaźnią bożą- rozpoczęłam moją relację z Bogiem. Zaczęłam się modlić. Odnalazłam Pismo  Święte.

W różnych stanach i etapach moich relacji dotarłam do momentu, w którym oddałam swoje życie Jezusowi. Poczułam ulgę i miłość. Tłumaczyłam sobie, że w taki stan pewnie sama się wprowadziłam. Przełom -jak grom - nastąpił w Wielkanoc tego roku. Pojechałam na święta w rodzinne strony. Poszłam tam na nabożeństwo do Zboru Zielonoświątkowego, do którego uczęszcza moja rodzina. W czasie pieśni uwielbienia poczułam,  że stoję  przed Bogiem i ludźmi naga. Zalał mnie potok łez,  którego nie byłam w stanie opanować. Zostałam obnażona. Bóg  wie o mnie wszystko. Jednocześnie została we mnie „wlana” prawda: że Jesus żyje  i że wszystko to, co jest w Piśmie Świętym to niepodważalna prawda. Czułam to w sercu, myślach, ciele, emocjach. Całą sobą. Ta prawda mnie przepełniała a razem z nią uczucie przeogromnej otulającej jak puch miłości. Czując to wszystko (a potok łez był dalej) widziałam otwarte niebo. Z tego nieba ogromny snop białego ciepłego światła płynący jak ruch na autostradzie w dwie strony. To niesamowite światło ogarniało całą salę. Oprócz tego światła, każda osoba była w odrębnej kropli światła. To było coś tak cudownego, że nie potrafię tego opisać. To wszystko było tak niesamowite i takie realne,  że nie chciałam by się skończyło. Uwielbienie trwało nadal. Moja wizja – czy jak to nazwać - nie wiem- trwała i usłyszałam przecudowny męski chór z lewej  tylnej strony sali. Obejrzałam się – a tam było  paru mężczyzn z których nie wywodziły się te dźwięki. Nie rozumiałam co widziałam. Bałam się mówić o moim wydarzeniu. Przez dwa dni nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Myślałam, że mam guza mózgu a jednocześnie przepełniała mnie radość i lekkość jakiej nigdy w życiu nie zaznałam.

Po dwóch dniach  płacząc, opowiedziałam mamie o tym co przeżyłam na nabożeństwie, mówiąc,  że pewnie jestem chora.  Moja mama, ciesząc się i płacząc,  powiedziała że to ogromna radość - bo zostałam dotknięta przez Ducha Świętego. Nie wiedziałam co mama do mnie mówi- bo kto to jest Duch Święty? Nie wiedziałam nic, nie rozumiałam… ale czułam jego niesamowitą obecność . W miłości, radości i uwielbieniu Boga  modlitwy moje nie miały końca. Pismo Święte stało się wręcz  żywe. Nigdy w życiu nie czułam takiej mocy miłości, radości i chęci poznawania Boga.  Został odkryty przede mną nowy świat jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Jezus wlał w moje serce swoją cudowną miłość. To Jezus odmienił moje życie. Nadał mu sens. Co dzień dziękuję Bogu za Jego cierpliwość do mnie i przeogromną łaskę jaką mnie obdarzył. Wstyd mi przed Nim i sobą, że przez tyle lat żyłam w ciemności. To Jezus jest moją DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM. Jest moim Powietrzem, Wodą i Chlebem.  Nie potrafię i nie chcę bez Niego żyć!

Jezu! - Kocham Cię! Dziękuję, że mnie odnalazłeś i zaprowadziłeś do społeczności, w której mogę wzrastać w poznawaniu Ciebie.  Moja wdzięczność nie ma granic. Czy jest coś,  co mogę dla Ciebie zrobić?

Wdzięczna za zupełnie nowe, wspaniałe życie

Małgorzata S. - 42 lata.