22 lut, 2017

Zmiany wypłyneły z wiary

Pierwszy raz - jak pamiętam - o Jezusie myślałem w dzieciństwie i bolało mnie to, że Go zabili i że nie mogę zostać już Jego uczniem. Wtedy coś przeżyłem, nie wiem jak to nazwać – pamiętam, że było mi bardzo dobrze i czułem się lekki, czysty. Brak słów aby to oddać, potem życie zrobiło swoje. Zacząłem grzeszyć na całego. Można powiedzieć, że byłem tym który ciągnął w stronę złego...

Brnąłem sam i pokazywałem tę drogę innym. Trwało to kilka lat. Nie liczyłem się z nikim i niczym, lansowałem myśl:

zemsta jest rozkoszą bogów – ja lubię się mścić więc jestem bogiem,
szatana nazywałem ojcem, a on pogrążał mnie coraz bardziej.

Można powiedzieć, że byłem opętany pożądaniem. Rozwaliłem rodzinę znajomego wiążąc się z jego żoną. Mieszkaliśmy razem około 10 lat. Zamiast sielanki, do której tęskniliśmy nasze życie było piekłem dla nas, tj. nas dwojga, jej córki i naszego syna.

Wtedy w jej rodzinie nawróciły się 3 osoby. [....] Zaczęto głosić również nam. Kobieta z którą byłem i jej córka nawróciły się. W domu rozgorzała wojna religijna, szybko w Biblii wyczytałem jakie powinny być chrześcijanki i kiedy postępowały inaczej miałem argument nie do obalenia.

Zostałem i ja członkiem zboru nie patrząc czego tam uczą. Ochrzczono nas i zacząłem służbę. Każdy by poszedł gdyby mu obiecano, że Pan naprawi Twój związek i że będzie super. Dla mnie kimś najważniejszym – wtedy – była ta kobieta. Była to aż obsesja, czy opętanie – jak narkotyk.

Zacząłem chodzić do więzienia by głosić, prowadzić grupę domową itd. Jednak kiedy na nabożeństwie wszyscy się radowali mi było smutno. Psalm 51 był moim wołaniem. Trwało to około 2,5 roku. Zamieszkał z nami wtedy mój podopieczny z więzienia, który się nawrócił (były narkoman, nosiciel hiv). Nawet nie wiesz jaką wojnę stoczyłem z chrześcijanami abym mógł go przyjąć do domu.

W tym czasie rwał mi się kontakt ze zborem bo nie potrafiłem zaakceptować pewnych nauk które były niezgodne z Biblią. Byłem ciągle rozdarty tym co Bóg mi pokazywał w Biblii a tym czego uczono w zborze i tym co ja miałem w głowie. Trudno mi było przyjąć wszystko co mówiła Biblia, musiałbym zbyt wiele odrzucić, strasznie się szarpałem. Było mi coraz ciężej. W końcu odeszliśmy. Poszliśmy do zboru ewangelicznego. Po czasie okazało się, że ewangeliczny to on jest jedynie z nazwy. W środku są ludzie, którzy byli kiedyś (nie wszyscy) świadkami i w dużej mierze głoszą nauki Rassela (z jego książek).

W domu znowu wybuchła wojna religijna, mój podopieczny, kobieta z którą byłem przyjęli te nauki i poszli za nimi. Zaprzyjaźnili się bardzo ze sobą a ja wyleciałem z domu na ulice (po około roku mieszkania w domu, który już nie był mój).

Świat się zawalił.
Służyłem Bogu,
starałem się być wierny Biblii,
przygarnąłem chorego do domu,
chodziłem do wiezienia.
Całe życie wtedy wydawało się być służbą Bogu i nagle świat się wali, a najbliżsi – chrześcijanie stali się najgorszymi wrogami.

Pytanie dlaczego?
...i cisza.

Pytanie kto jest winny?
...mówiono, że ja. Więc pogodziłem się z tym i zacząłem prosić Boga by mnie zmienił i...
...nic zero zmian.

Doprowadziłem siebie do samopotępienia. Jedynym pragnieniem była śmierć. Prosiłem już tylko Boga oto aby pozwolił mi umrzeć. Gdyby nie to ze wiedziałem, że po śmierci ciała męki duszy pozostają, popełniłbym samobójstwo.

Zachorowałem na jakieś zapalenie i postanowiłem to wykorzystać. Położyłem się do łóżka, przestałem jeść, zrezygnowałem z leków (tak właściwie to wtedy zrezygnowałem ze wszystkiego), aby umrzeć i mieć choć chwile spokoju. Wtedy dopiero Bóg się odezwał i pokazał mi dwie rzeczy:
- z Listu do Rzymian 6.6-7 to, że z Chrystusem jestem ukrzyżowany wprowadziło mnie w stan cudownej wolności (NIE POTRAFIĘ OPISAĆ TEGO SŁOWAMI) 
- oraz udzielił mi rady psalmem 37.1-8 – wtedy zobaczyłem, że Jemu nie ufam.

I to był mój start.

To czego mnie nauczono w kościele [pierwszym zborze] nie zdało egzaminu. Jezus praktycznie był mi obcy (pomimo że modliłem się językami, wiele robiłem w jego imieniu). Czytając drugie wydanie tysiąclatki [Biblia Tysiąclecia] poznałem Boga JAHWE – łagodnego, pełnego miłosierdzia, wspaniałego Boga żydów. Boga który był żywy, realny i działający. Jemu zaufałem i z Nim chciałem być, On mi pokazał dlaczego tak skończyłem.

Rozpocząłem naukę w jego szkole życia i teologii.
- pokazał mi że mój związek z tą kobietą to dalej było cudzołóstwo (pomimo, że otaczający mnie wtedy liderzy mówili inaczej)
- pokazał dlaczego wszystko mi zabrał
- nauczył wierzyć Biblii
- i co najwspanialsze poznał mnie z Jezusem, pokornym sługą Jahwe z Księgi Izajasza.
- sprawił, że pokochałem Jezusa, bo nawet tego nie umiałem.

Najbardziej kocham Go za to, że pozwolił mi być ze sobą. Poznając Biblię [Jego Słowo] przekonałem się jak wiele ludzie zmienili i że dużo straciłem nie traktując poważnie Jego Słowa. Zacząłem analizować moje chrześcijaństwo, aby w pełni korzystać ze wszystkiego co miał pierwszy kościół a czego dziś nie ma. [....]

Moje dociekania wypłynęły z pytania, czy przypadkiem praktykując coś niezgodnego z nauką apostołów nie pozbawiamy się duchowego bogactwa. [....] Gdzieś wewnętrznie wiedziałem, że czegoś mi brakuje i że nie będę mógł nikogo ochrzcić (pomimo że dawniej udzielałem chrztu) dopóki sam nie będę tego miał. Po chrzcie doświadczyłem czegoś co nazwałbym pogłębieniem świadomości śmierci z Chrystusem, takim zupełnym pogrzebaniem wszystkiego. Zobaczyłem, że jestem oddzielony, odłączony od wszystkiego. Wiedziałem, że nie mam już powrotu, że pozostała mi tylko droga do przodu za Jezusem i nauka wszystkiego od nowa od Niego. Nauka posłuszeństwa, wiary, prawdy. Pan pokazał mi jak w Starym Testamencie traktował swoje sługi – on kazał a oni szli i wykonywali. Podobnie zaczął traktować mnie (w konkretnych sytuacjach pokazywał jakie nastawienie mam przyjąć, jak myśleć i postąpić aby to było zgodne z Jego zamysłem). Czułem z każdej strony kij pasterski, który kształtował moje wnętrze, dopóki nie zrozumiałem, że jego wola jest wolnością i nie zacząłem jej szukać i pragnąć. Jako wzór wiary Pan pokazał mi Abrahama i prostą obietnicę jakiej mu udzielił. Dowiedziałem się jak wiara rozwija się w oparciu o Jego Słowo oraz że niewiara jest jak zgnilizna, która trawi i rozkłada.

Radą jaką dostałem było proste zdanie:
nie bywaj poruszany (niech nie skłania cię do działania);
to co widzisz, czujesz, słyszysz niech porusza cię to w co wierzysz.

Zrozumiałem, że zmysły mogą być przeszkodą dla wiary. Wszystkie zmiany jakie zaistniały we mnie wypłynęły z wiary w to co Pan powiedział. Pan zaczął też kształtować moje poznanie Jego Słowa. Biblię czytałem prawie na okrągło. Przeczytałem większość przekładów na język polski. Biblia stała się najwspanialsza księgą. Szukałem w niej poznania, mądrości i prawdy. Pan mnie nie zawiódł. Pozwolił poznać siebie i Jego Słowo, kształtując moje spojrzenie na to wszystko co mnie otaczało. Zrozumiałem, że najlepiej jest rozumieć tak jak zostało napisane, że takie podejście buduje wiarę.

Dzisiaj po latach Jego nauki mogę zaświadczyć, że On jest taki sam jaki był, że wszystko to co jest napisane o Nim jest prawdą, że On żyje.